Fatalne tłumaczenia menu - Gęba pełna śledzi w futerkach z norek

Fatalne tłumaczenia menu - Gęba pełna śledzi w futerkach z norek

Witold T. Zalewski | 2010-03-08
Fatalne tłumaczenia menu - Gęba pełna śledzi w futerkach z norek

Witold T. Zalewski

Fatalne tłumaczenia menu - Gęba pełna śledzi w futerkach z norek

A oto jak wita Polaków na Bornholmie duńska gastronomia

Menu to kwintesencja marketingu dla restauracji, ale problem zaczyna się, gdy mamy je zaprezentować w obcych językach.

Słynna poznańska golonka to "boiled pickled hand of pork cutlet", czyli gotowana peklowana ręka wieprzowego kotleta! I to polecana jeszcze przez indiańskiego wodza!

Czy śledzie noszą futerka?     
Czy świnie maja ręce lub pięści?
Czy sandacz jest okoniem lub szczupakiem ?
Czy indyk jest kurczakiem?
Czy istnieje krzyżówka  cielęciny i dzika
Czy  bażant był  wypalany lub wystrzelony?
Czy troć bałtycka to pstrąg byk?
Zupa z krwi!
Czarny kurczak!
Czy sarnina ‘sade’ jest torturowana przed  zabiciem?
Żelki owocowe tłumaczone na „tropical gums” czyli dziąsła tropikalne! 
Czy mięso wołowe było siekane albo wydalone poprzez funkcję fizjologiczną?
Co to  są za  grzyby  jajkowe, lub grzyby czarownicy albo żółta pleśń?, (w tym przypadku chodzi o kurki)

Smacznego? Zabawne?  Wątpię!

Takie są przykładowe tłumaczenia menu z polskiego na język angielski i niemiecki.
Podobnie jest w  wielu  restauracjach np. w  Poznaniu i w innych krajach naszego kraju.

W tłumaczeniu z polskiego na angielski czasem wystarczy brak lub zmiana jednej literki, by z szefa kuchni (chef) zrobić indiańskiego wodza (chief), a wino musujące (sparkling wine) przechrzcić na wino iskrzące (sparking wine).

Czy  polski kelner ma czas, zna języki  obce tak dobrze, żeby mógł dokładnie wytłumaczyć  i zaprzeczyć  powyższym  niedorzecznościom  w menu?

Proponuję wczuć się w rolę typowego cudzoziemca w Polsce!

Polskie jedzenie  dla nas jest znane i smaczne, ale dla większości cudzoziemców jest nieznane i  jak widać z powyższych tłumaczeń dosyć tajemnicze i nie apetyczne. Ważne jest, żeby karta dań była  szczegółowa dokładna i opisowa. Jako Polak i Amerykanin, obieżyświat  i  wieloletni  gość  polskich restauracji, byłem zawsze rozbawiony i zaskoczony przetłumaczoną  treścią  polskiego menu, niestety  moi goście zagraniczni  nie byli pewni,  co właściwie zamawiają i co w końcu otrzymają.

Dopiero po długich tłumaczeniach i dyskusjach wyjaśniających  udało mi się  zamówić dla nich odpowiednie danie. Nawet w krajach trzeciego świata,  gdzie gościłem nie widziałem takich niedbalstw i niskiego poziomu menu jak w  naszym kraju.  W mojej opinii karta dań jest najważniejszym elementem w sprzedaży  dla restauracji, specjalnie w  mieście, które słynie z organizacji targów. W wielu znanych restauracjach np. w Poznaniu, czy innych miastach restauratorzy   proponują właśnie takie  ‘koszmarki’ dla gości  zagranicznych.

Z moich rozmów z właścicielami restauracji wynika, że tłumaczenia  są robione często na podstawie poradnika kelnerskiego z 1937 roku lub innych starych słowników, przez tłumaczy przysięgłych, ale także studentów, zwykłych tłumaczy lub osoby z personelu , którzy tłumaczą słowo w słowo, i w ogóle nie znają nazewnictwa z branży gastronomicznej. Słowniki, jak wiadomo cały czas ewoluują. Wiadomo, że żaden z tzw. native speakers nie weryfikuje tłumaczeń. Kiedy zwracam uwagę na te niewypały językowe,większość  właścicieli  i obsługi nie przejmuje się tym zbyt mocno, rozkłada ręce, uśmiecha się i mówi: jakoś to będzie.

Czasy dla gastronomii są trudne. Zbyt wiele naszych restauracji stara się przyciągnąć klientów swoim wystrojem, atmosferą i jedzeniem na światowym poziomie , ale  totalna niedbałość  w  tłumaczeniu menu jest porównywalna do zlecenia sprzątaczce prac kulinarnych a kucharzowi obsługi klienta.

Najlepszym przykładem może być ciekawostka pochodząca z ostatnio przeglądanego przeze mnie menu w Poznaniu z pewnej renomowanej restauracji przy Starym Rynku.

„Pieczywo i masło extra: 3.00 zł, ale po angielsku oferuje się bezpłatnie: ‘’complimentary bread and butter”. Widać właścicielka preferuje obcokrajowców, a dla Polaków za darmo ‘’umarło’’, w tym osobliwym przybytku gastronomicznym.

Zabawne "kwiatki językowe" powstające podczas tłumaczenia i zdarzają się nie tylko w lokalach gastronomicznych. W niektórych supermarketach można kupić ryż paraboliczny, a kilka biur podróży oferuje w pokojach hotelowych przelotny deszcz lub wannę.

Na pocieszenie można dodać, iż największy problem z tłumaczeniem dań na obce języki mają Chińczycy. W tym kraju wychodzą najgorsze tłumaczenia kulinarne, co zresztą mnóstwo turystów doświadczyło podczas ostatniej olimpiady.
Osobny  ‘temat  rzeka’ to strony internetowe polskich restauracji.


Witold T.Zalewski- jest z wykształcenia MBA zarządzanie i marketing, Uniwersytet Wisconsin w Madison .Oprócz swojej działalności  pomagając Polskim firmą w eksporcie jako vice prezes Fundacji Rozwoju Poskiego Eksportu  Od  wielu lat   z powodzeniem doradza właścicielom  i menedżerom restauracji oraz   zakładom przemysłu spożywczego , jak  tworzyć nowe produkty , koncepty i zwielokrotniać przychody.

Copyright : Witold T.Zalewski-  Menu  Master

witoldz1@eastwest.com.pl

www.listawitolda.blogspot.com