Menu to kwintesencja marketingu dla restauracji, ale problem zaczyna się, gdy mamy je zaprezentować w obcych językach.
Słynna poznańska golonka to "boiled pickled hand of pork cutlet", czyli gotowana peklowana ręka wieprzowego kotleta! I to polecana jeszcze przez indiańskiego wodza!
Czy śledzie noszą futerka?
Czy świnie maja ręce lub pięści?
Czy sandacz jest okoniem lub szczupakiem ?
Czy indyk jest kurczakiem?
Czy istnieje krzyżówka cielęciny i dzika
Czy bażant był wypalany lub wystrzelony?
Czy troć bałtycka to pstrąg byk?
Zupa z krwi!
Czarny kurczak!
Czy sarnina ‘sade’ jest torturowana przed zabiciem?
Żelki owocowe tłumaczone na „tropical gums” czyli dziąsła tropikalne!
Czy mięso wołowe było siekane albo wydalone poprzez funkcję fizjologiczną?
Co to są za grzyby jajkowe, lub grzyby czarownicy albo żółta pleśń?, (w tym przypadku chodzi o kurki)
Smacznego? Zabawne? Wątpię!
Takie są przykładowe tłumaczenia menu z polskiego na język angielski i niemiecki.
Podobnie jest w wielu restauracjach np. w Poznaniu i w innych krajach naszego kraju.
W tłumaczeniu z polskiego na angielski czasem wystarczy brak lub zmiana jednej literki, by z szefa kuchni (chef) zrobić indiańskiego wodza (chief), a wino musujące (sparkling wine) przechrzcić na wino iskrzące (sparking wine).
Czy polski kelner ma czas, zna języki obce tak dobrze, żeby mógł dokładnie wytłumaczyć i zaprzeczyć powyższym niedorzecznościom w menu?
Proponuję wczuć się w rolę typowego cudzoziemca w Polsce!
Polskie jedzenie dla nas jest znane i smaczne, ale dla większości cudzoziemców jest nieznane i jak widać z powyższych tłumaczeń dosyć tajemnicze i nie apetyczne. Ważne jest, żeby karta dań była szczegółowa dokładna i opisowa. Jako Polak i Amerykanin, obieżyświat i wieloletni gość polskich restauracji, byłem zawsze rozbawiony i zaskoczony przetłumaczoną treścią polskiego menu, niestety moi goście zagraniczni nie byli pewni, co właściwie zamawiają i co w końcu otrzymają.
Dopiero po długich tłumaczeniach i dyskusjach wyjaśniających udało mi się zamówić dla nich odpowiednie danie. Nawet w krajach trzeciego świata, gdzie gościłem nie widziałem takich niedbalstw i niskiego poziomu menu jak w naszym kraju. W mojej opinii karta dań jest najważniejszym elementem w sprzedaży dla restauracji, specjalnie w mieście, które słynie z organizacji targów. W wielu znanych restauracjach np. w Poznaniu, czy innych miastach restauratorzy proponują właśnie takie ‘koszmarki’ dla gości zagranicznych.
Z moich rozmów z właścicielami restauracji wynika, że tłumaczenia są robione często na podstawie poradnika kelnerskiego z 1937 roku lub innych starych słowników, przez tłumaczy przysięgłych, ale także studentów, zwykłych tłumaczy lub osoby z personelu , którzy tłumaczą słowo w słowo, i w ogóle nie znają nazewnictwa z branży gastronomicznej. Słowniki, jak wiadomo cały czas ewoluują. Wiadomo, że żaden z tzw. native speakers nie weryfikuje tłumaczeń. Kiedy zwracam uwagę na te niewypały językowe,większość właścicieli i obsługi nie przejmuje się tym zbyt mocno, rozkłada ręce, uśmiecha się i mówi: jakoś to będzie.
Czasy dla gastronomii są trudne. Zbyt wiele naszych restauracji stara się przyciągnąć klientów swoim wystrojem, atmosferą i jedzeniem na światowym poziomie , ale totalna niedbałość w tłumaczeniu menu jest porównywalna do zlecenia sprzątaczce prac kulinarnych a kucharzowi obsługi klienta.
Najlepszym przykładem może być ciekawostka pochodząca z ostatnio przeglądanego przeze mnie menu w Poznaniu z pewnej renomowanej restauracji przy Starym Rynku.
„Pieczywo i masło extra: 3.00 zł, ale po angielsku oferuje się bezpłatnie: ‘’complimentary bread and butter”. Widać właścicielka preferuje obcokrajowców, a dla Polaków za darmo ‘’umarło’’, w tym osobliwym przybytku gastronomicznym.
Zabawne "kwiatki językowe" powstające podczas tłumaczenia i zdarzają się nie tylko w lokalach gastronomicznych. W niektórych supermarketach można kupić ryż paraboliczny, a kilka biur podróży oferuje w pokojach hotelowych przelotny deszcz lub wannę.
Na pocieszenie można dodać, iż największy problem z tłumaczeniem dań na obce języki mają Chińczycy. W tym kraju wychodzą najgorsze tłumaczenia kulinarne, co zresztą mnóstwo turystów doświadczyło podczas ostatniej olimpiady.
Osobny ‘temat rzeka’ to strony internetowe polskich restauracji.
Witold T.Zalewski- jest z wykształcenia MBA zarządzanie i marketing, Uniwersytet Wisconsin w Madison .Oprócz swojej działalności pomagając Polskim firmą w eksporcie jako vice prezes Fundacji Rozwoju Poskiego Eksportu Od wielu lat z powodzeniem doradza właścicielom i menedżerom restauracji oraz zakładom przemysłu spożywczego , jak tworzyć nowe produkty , koncepty i zwielokrotniać przychody.
Copyright : Witold T.Zalewski- Menu Master
witoldz1@eastwest.com.pl
www.listawitolda.blogspot.com